; 7 absurdów które spotkały mnie podczas pracy w korporacji - Po Prostu Łukasz - Kariera i rozwój osobisty
Top
jakie-absurdy-w-korpo

7 absurdów które spotkały mnie podczas pracy w korporacji

Moje dotychczasowe doświadczenie zawodowe składa się prawie w całości na pracę w korporacjach. Miałem na tyle szczęścia, że pracuję już w piątej, a dotychczasowy staż pracy mogę podzielić prawie po równo między Wielką Brytanię, a Polskę. Kto otarł się o ten korporacyjny świat lub zna kogoś kto tam pracuje na pewno poznał, że jest on pełen absurdów.

 

Bardzo często mam wrażenie, że pracując w korporacji jesteśmy oderwani od rzeczywistości. Pozamykani w biurowcach, wpatrzeni w monitor i excela po 8h używając przy tym co drugiego słowa po angielsku (tzw korpomowa).

 

Witam w krainie korpoabsurdów. 🙂

 

1. Wykonywanie pracy na godziny

Profesjonalna prasa branżowa rozpisuje się na temat 4 dniowego tygodnia pracy. Piszą o tym, że to przyszłość, że ludzie są bardziej efektywni, wypoczęci, a przy tym kreatywni. Tego dzisiaj nam potrzeba. W biurowcach pracujemy głowami i liczba godzin włożonych nie będzie miała przełożenia na wynik. Kiedy zejdziemy już na ziemię i zdamy sobie sprawę, że są to pojedyncze testy w dalekich krajach zobaczymy, że polskim korporacjom daleko do 4 dniowych tygodni pracy.

 

Wynika to w dużej mierze z tego, że mamy u nas oddziały firm zagranicznych i lokalizacje w Polsce służą za wsparcie biur zlokalizowanych na całym świecie.

 

Poza tym mocna jest u nas kultura pracy na godziny, a niekoniecznie efekty. Przychodź 30 minut przed wszystkimi każdego dnia i zobaczysz co się stanie. Zostań przy tym kilka razy trochę dłużej i już jesteś osobą ciężko pracującą. Liczenie godzin spędzonych w pracy to dosyć uproszczony mechanizm ewaluacji pracownika, ale trudniej o lepszy. Mierzenie efektów, szczególnie w korporacji, nie jest łatwe. Korporacja to system naczyń powiązanych z mocno rozmytą odpowiedzialnością.

 

Praca umysłowa (ponoć taką wykonujemy) mierzona na godziny to fabryczna mentalność. Dla mnie absurd.

 

 

2. Tworzenie raportów dla samego ich tworzenia

Miałem kiedyś rozmowę kwalifikacyjną i siedzący naprzeciwko mnie manager powiedział, że jakiś tam zespół stworzył i zautomatyzował 160 raportów. Powstrzymałem się przed zadaniem pytania – a ile z nich jest w ogóle otwieranych? Z perspektywy czasu żałuję, że tego nie zrobiłem. Tak to już w życiu bywa, często żałujemy tego czego nie zrobiliśmy.

 

Dołączyłem do tej firmy. Dostałem zestaw obowiązków. Do każdego była przypisana szacowana liczba godzin wykonania danego zadania. Niestety włączył mi się tryb “ambicja korposzczura” i przejąłem jeszcze ze dwa zadania od kolegi. Skończyłem mając około 240h zadań w miesiącu. Typowy miesiąc to przedział 160-168 godzin. Widzisz problem?

 

Po nabraniu niewielkiej ilości doświadczenia szybko zorientowałem się, że coś tu nie gra i na moje oko to sporo rzeczy jest niepotrzebnych. Dlatego spróbowałem dwóch metod.

 

1) Zobaczmy co się stanie jeśli nie zrobię tego kwartalnego raportu, czy ktoś się do mnie odezwie w tej sprawie. Najwyżej będę musiał posiedzieć raz dłużej żeby go zrobić.

 

2) Spróbujmy uprościć to co robię i to co otrzymuje odbiorca. Czy to naprawdę jest potrzebne? W jaki sposób jest to używane? Gdzie jest jakaś wartość z tego płynąca?

 

Okazało się, że przeczucie mnie nie myliło. Wiele rzeczy dało się uprościć lub całkowicie usunąć. W ich miejsce wpadły nowe, ale to już inna para kaloszy. Faktem jest, że wiele rzeczy trzeba ciągle sprawdzać i pytać – czy one mają sens?

 

3. Nieustanna propaganda sukcesu

Pracowałem kiedyś w firmie, która straciła kilku dużych klientów prawie w jednym momencie. W następstwie tego wiele osób musiało pożegnać się z pracą. W związku z tym, że była to końcówka roku to po firmie fruwały maile podsumowujące miniony okres. Najbardziej zaskoczył mnie zwrot o tym, że w nowy okresu wchodzimy mając momentum, a sytuacja nigdy nie była lepsza.

 

Aż musiałem na chwilę się zatrzymać żeby to przeanalizować.

 

Myślałem o narracji pokonani, ale się przegrupowują. To mnie trochę zaskoczyło. Z drugiej strony, szybko się przekonałem, że żadna firma nie napisze Ci wprost – mamy lipę i nie wiadomo czy będzie lepiej.

 

Zadałem też sobie pytanie – czy na miejscu zarządzających nie postąpił bym tak samo? Niezależnie od tego co się wydarzyło trzeba utrzymywać pozytywne nastroje, bo okręt płynie dalej.

 

Wpisuję to do absurdów korporacyjnych, bo częściej czytałem ciekawszą analizę o naszej sytuacji na zewnętrznych stronach internetowych niż miałem okazję usłyszeć wewnątrz.

 

4. Przyjdź wcześniej to posiedzisz dłużej

Nagłówek ten dosyć chamsko podsumowuje korporacyjne życie. Ile to osób próbowało zaplanować swoje popołudnie i przyszło wcześniej do pracy tylko po to aby w nieoczekiwanym biegu wydarzeń zostawać dłużej niż koledzy i koleżanki?

 

Niestety pracując w korporacji bardzo często jest problem z normalnym rozplanowaniem sobie dnia, a popołudnia (czasami i wieczory) spędza się na robieniu gaszeniu pożaru.

 

5. Ciągłe tłumaczenie się

Miałem okazję pracować w centrum usług wspólnych w Polsce i przyznam się, że poziom kontroli był zbyt duży jak na mój smak. Wypełnianie excela, w którym rozpisane były moje standardowe zadania i wpisywanie ile godzin dziennie nad czym spędziłem. Cotygodniowe telekonferencje, na których omawialiśmy co kto zamierza robić w najbliższym tygodniu. I tutaj możesz zapytać – i co w tym złego? Złego nic, wkurzającego wszystko. Moja praca miała charakter powtarzalny oznacza to, że w pierwszym tygodniu każdego miesiąca w 99% wykonuję te same czynności.

 

Mam taki typ charakteru, że dla mnie była to strata czasu. Niestety obowiązek taki był na mnie narzucony. Później wchodził cynizm. Plany na ten tydzień – przeżyć. I już wiem, że jak tak odpowiadam to nie jest dobrze.

 

Nigdy nie mogłem pogodzić się z takim kontrolowaniem. Czułem się jakby ktoś zaglądał mi przez ramię. Do tego niezbyt ufał. Oceniaj mnie za rezultaty, a nie sprawdzaj ile razy dzisiaj sikałem (wyolbrzymiam, tego nie rejestrowaliśmy).

 

6. Praca krótkowzroczna, byle do przodu

W temacie pracy w korporacji muszę przyznać, że jak się próbujesz wybić wyżej to warto posiadać pewne umiejętności. Trzeba znać się trochę na marketingu.

 

Najpierw wymyślasz projekt, który zbawi świat. No może tylko twój obszar. Później kilka tygodni opowiadasz o nim wszystkim dookoła. Dodajesz do PowerPointa slajdy zatytułowane “Plan Zbawienia Świata część 1”. Osoby na wyższych stanowiskach kiwają z uznaniem głowami. Zapowiada się całkiem nieźle.

 

W międzyczasie rozmawiasz z osobami technicznymi. Oni mówią Ci czego potrzebują aby ten projekt miał ręce i nogi. Okazało się, że nie jest tak łatwo jakby mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Decydujesz, że na jednej nodze też da się stać, a i z jedną ręką można żyć. Okrajasz wymagania. Do PowerPointa dodajesz adnotacje – były problemy, ale je przezwyciężyliśmy. Dzielnie, ja prowadziłem zespół.

 

Techniczni jak usłyszeli, że będziesz ciął po częściach ciała to stracili zapał. Już wiedzą co z tego wyjdzie i jak będzie pachniało.

 

Projekt ukończony idzie w świat. Wprawdzie te najbardziej użyteczne funkcje nie zostały wdrożone, ale za kilka kwartałów będzie można o tym pomyśleć. Narzędzie nazywa się Biznesowy Zbawca Świata 2.0. Zawsze musi być 2.0, bo to dodaje elitarności. W Google sprawdzasz wszystkie buzzwordy z ostatnich 3 miesięcy. Twój projekt to rozwiązanie z zakresu Business Intelligence i osadzony jest w Cloudzie.

 

Swój sukces wpisujesz w podsumowanie tygodnia, miesiąca, kwartału, półrocza, roku. Promujesz go w innych częściach biznesu chociaż niewiele osób wie o co Ci chodzi.

 

Dostałeś awans. Ten projekt nie jest już w Twoim obszarze.

 

7. Gra pozorów

W pracy w korporacji jest jak w polityce. Nie do końca liczy się to co robisz, a to co inni myślą, że robisz. Uświadomienie sobie tego może być bardzo pomocne w radzeniu sobie z zawodową rzeczywistością.

 

Ja podchodziłem do tego w następujący sposób – chcę robić dobrą robotę, ale promocja i bycie widzialnym jest równie ważne. Skoro jestem tam te 8 godzin to dlaczego by się nie postarać chociaż trochę? Grunt to nie stracić autentyczności i czuć się dobrze ze sobą. Nie ma nic gorszego niż udawanie 40 godzin w tygodniu.

Powodzenia!

 

No Comments

Post a Comment